Tanie akcesoria wędkarskie i nie tylko. Kliknij, warto!
|
|
| Majówka |
DATA: 2 i 3 maja 2002r.
MIEJSCE: j. Dębno, Kanał Mosiński, zalew w Roszkowie, Warta
REZULTAT: Kilka płotek
OPIS:
Czekałem niecierpliwie na te kilka majowych dni, aby wreszcie wybrać się na porządne wędkowanie.
I tak. 2 maja około 5,30 wybrałem się z kuzynem nad jezioro Dębno niedaleko Stęszewa. Starym "maluszekiem" zajechaliśmy na miejsce około 6,00. Rozkładamy sprzęt zanęcamy, chcemy zaczął łowienie i co się okazuje- robale zostały w domu. OK, kilka przekleństw i jedziemy na poszukiwania sklepu; w Stęszewie znaleźliśmy jakiś- ma być otwarty o 8 sprzedawca spóźnił się pół godziny...
Kupujemy co trzeba i z powrotem- nad wodę.
Suto zanęcamy po czym nasze gruntówki i spławikówki lądują w wodzie.
Czekamy, czekamy za jakieś 40 minut mam branie- spławik zanurza się, wynurza, aż wreszcie znika pod wodą. Po kilku sekundach na brzegu ląduje 20 cm płotka, która wraca do wody...
Następne 4 godziny minęły bez najmniejszego puknięcia. Stwierdzamy, że już nic więcej tu nie złowimy.
Zrezygnowani zmieniamy łowisko na zachwalany przez okolicznych wędkarzy Kanał Mosiński.
Oj ilu ludzi...
- Panie bierze coś - pytam
- Eeee gdzie tam, tylko cholera.
Niezrażeni niepowodzeniem "sąsiadów" próbujemy.
Zmiana spławików, retusz obciążenia i zaczynamy. Kolejno zmieniam przynęty- biały, czerwony, pęczak, kukurydza, ciasto i... nic- 0. Kuzyn zawzięcie nęci zrobioną dzień wcześniej zanętą, bez efektów.
Na krótkim odcinku brzegu siedziało koło siebie 8 ludzi, nikt nie miał najmniejszego brania. Około 16 rezygnujemy, zniechęceni jedziemy do domu...
Tego samego dnia jestem zmuszony jechać na uroczystość rodzinną do Jarocina. W tej samej chwili zaplanowałem, że jutro jadę na zalew kilka kilometrów za Jarocinem...
Zgodnie z planem 3 maja około 10,00 z wędkarską częścią rodziny meldujemy się nad zalewem.
Coś niesamowitego tylu ludzi nad wodą jeszcze nie widziałem. Zalew jest niezbyt szeroki, ale za to bardzo rozciągnięty...
Mały wywiad z sąsiadami obok i zaczynamy.
Powtarza się sytuacja z poprzedniego dnia; wyczekiwanie, nawet zmieniam zestawu na delikatniejszy (przypon 0,12) i nic- martwa woda.
Po dobrych kilku godzinach bezowocnego siedzenia, bierzemy spinningi i ruszamy w stronę tamy. Czeszmy wodę małymi obrotówkami- i nic nawet małego brania. Podczas tej wędrówki była możliwość porozmawiania z innymi- każdy mówił to samo "od kilku dni nie biorą", "0", "ani skubnięcia".
Wieczorem wracam do domu- do Poznania.
W sobotę z samego rana postanawiam przełamać złą passę i jadę nad Wartę. Nad wodą siedzi już 2 wędkarzy. Dość dobrze znam to łowisko na "bankowej" główce rozkładam sprzęt i zaczynam. Za jakieś 2 godziny bierze jeden leszcz 27 cm, za chwile drugi- podobnej wielkości. Myślę- wreszcie! Może zacznie się coś dziać, niestety, jeszcze tylko trochę skubnięć i brania ustają. Aż do późnego popołudnia, kiedy to wracam do domu.
Jak się później okazało na innych łowiskach moi znajomi odnieśli podobne "rezultaty"...